Forum wędkarskie- wędkarstwo Forum wędkarskie- wędkarstwo Największe forum wędkarskie w Polsce (dawne Wedkowanie.net). Wędkarstwo, PZW, filmy wędkarskie, metody połowu, testy sprzętu, przynęty i zanęty, łowiska, zdjęcia i gry wędkarskie. Posiadamy ponad 10 tysięczną społeczność, która napisała już przeszło 130 tysięcy wiadomości. Weź udział w dyskusji i dołącz do nas już dziś!
Użytkownicy Mapa użytkowników Filmy Wędkarskie Dzienniki wędkarskie Targowisko Wyszukiwarka Album zdjęć  Kontakt 

Błoto, komary, wędka i ja

bllfrg 
początkujący chytok


Wiek: 36
Posty: 36
Otrzymał 44 piw(a)
Skąd: Nowy Dwór Mazowiecki


Wysłany: Nie Wrz 08, 2013 16:49   

irekskyline napisał/a:

Szkoda, że zdjęcia nie zrobiłeś.


W sumie to zrobiłem. Tylko że badziewnym aparatem w telefonie, więc jest raczej słabe. Ale największy problem w tym, że telefon odmówił współpracy przy próbie transferu zdjęcia. Ale jak tylko uda mi się je zgrać, to wstawię.
Postaw piwo autorowi tego posta
 
AdSense

Skąd: Mountain View
Pomógł: nie raz
bllfrg 
początkujący chytok


Wiek: 36
Posty: 36
Otrzymał 44 piw(a)
Skąd: Nowy Dwór Mazowiecki


Wysłany: Pon Wrz 09, 2013 06:58   

Udało się zdjęcia wydobyć. Tu mamy narwiańską rapę:


:)

Wybaczcie jakość zdjęcia, ale ani emocje ani mój sprzęt nie sprzyjają fotografii.

Wystawiono 4 piw(a): GrzegorzM, kp44, irekskyline, KamAnt    » Więcej szczegółów
Postaw piwo autorowi tego posta
 
bllfrg 
początkujący chytok


Wiek: 36
Posty: 36
Otrzymał 44 piw(a)
Skąd: Nowy Dwór Mazowiecki


Wysłany: Wto Wrz 17, 2013 19:21   

Dodam dziś tylko krótką notkę. W niedzielę wyskoczyłem na krótkie 3-godzinne rybobranie. Początkowo ryby nie brały, ale pod koniec zaczęły. W jakieś 20 minut złowiłem 3 mikroszczupaki. [Definicja: mikroszczupak, syn. sznurówka, szczupak,którego można objąć w najszerszym miejscu dwoma palcami.]
Trochę szkoda mi było męczyć takich niedorosłych rybek, więc skoro starsi koledzy nie brali, zwinąłem się do domu.
_________________
Rekordy:
okoń: 24 cm
szczupak: 50 cm
boleń: 63 cm
płoć: 22 cm
krąp: 21 cm
ukleja: 18 cm
wzdręga: 22 cm
kleń: 25 cm
leszcz: 1 kg
Postaw piwo autorowi tego posta
 
bllfrg 
początkujący chytok


Wiek: 36
Posty: 36
Otrzymał 44 piw(a)
Skąd: Nowy Dwór Mazowiecki


Wysłany: Nie Maj 11, 2014 14:15   

Po dłuższej przerwie wracam do relacjonowania moich wędkarskich początków. Przerwa spowodowana była przede wszystkim tym, że nie było już większych sukcesów, a do tego (jak dla mnie) sezon się kończył.

Podsumowanie poprzedniego sezonu.
Zanim przejdę do bieżącego sezonu, pozwolę sobie na podsumowanie sezonu minionego. Przygodę z wędkarstwem rozpocząłem w połowie lipca, ostatni raz na ryby wybrałem się na początku października. Łowiłem wyłącznie na spinning. W całym sezonie (a właściwie połówce sezonu) złowiłem cztery wymiarowe ryby (2 okonie, 1 szczupaka i 1 rapę). Do tego kilka lub kilkanaście niewymiarowych ryb, z czego zdecydowaną większość stanowiły szczupaki.

Co istotne dla dalszego biegu wypadków, podczas długich wypadów spinningowych zacząłem zazdrościć kolegom grunciarzom i spławikowcom, którzy łowili sobie spokojnie z fotela. Ja tymczasem musiałem stać, chodzić i się męczyć. Owszem, jest to miłe zmęczenie, ale są takie dni, kiedy zwyczajnie się nie chce. Zacząłem więc myśleć początkowo o spławiku, a później o gruncie. I tak doszedłem do drgającej szczytówki.

Nowy sezon
Sezon 2014 nieśmiało rozpocząłem w kwietniu. Właściwie byłem tylko na jednej prawdziwej (czytaj: kilkugodzinnej) wyprawie spinningowej. Pozostałe wypady były niejako przy okazji podczas pikników z rodziną. Oznaczało to tyle, że na więcej niż 2 godziny łowienia liczyć nie mogłem, a miejsce musiało być podporządkowane trochę innym priorytetom. Oczywiście jeszcze łowiłem na spinning. Niestety bez większych sukcesów. Udało mi się tylko złowić jednego szczupaka trochę powyżej 40 cm i to wszystko. Ale powoli zaczynałem się szykować do nowego wyzwania, czyli do feedera. Głównie zdobywając wiedzę teoretyczną.

Sprzęt
Nie będę się wdawał w szczegóły zakupów. Raczej nie będzie to dla nikogo interesujące. Ważne, że zakupy były dość szybkie. Cały potrzebny sprzęt kupiłem w ciągu jednego tygodnia, odwiedzając 3 różne sklepy. Okazało się, że szpej spinningowy nie zdaje się na wiele w grunciarstwie. Pomijając akcesoria typu wypychacz czy nóż, ze sprzętu do spinningu mogłem wykorzystać jedynie krętliki i haczyki, które stosowałem do bocznego troka. Całą resztę musiałem kupić. Od wędki poczynając, na wiaderku kończąc. Jak napisałem wyżej, zazdrościłem grunciarzom możliwość siedzenia na tyłku podczas połowów. Teraz zrozumiałem, że to nie wybór, a konieczność. Mimo iż cały majdan udało mi się spakować do jednego pokrowca na wędki i wiaderka (choć siatka na ryby trochę się w wiadrze nie mieści), to nie wyobrażam sobie przedzierania się z tym wszystkim przez chaszcze, w jakie zawsze pchałem się ze spinningiem.

Przygotowania
Do pierwszego wypadu, który miał miejsce wczoraj, przygotowywałem się długo, głównie czytając i oglądając filmy o nowej dla mnie technice łowienia. Ale przez dwa dni, bezpośrednio poprzedzające mój feederowy debiut, skupiłem się na elementach bardziej praktycznych. Np. na wiązaniu haczyków z łopatką (w spinningu większość przynęt ma oczka; także haczyki do bocznego troka zastosowałem z oczkami), na budowie zestawu (choć to akurat śmiesznie proste w porównaniu choćby z zestawami spławikowymi) czy rozrabianiu zanęty.

Zgodnie z przeczytaną gdzieś radą umyłem robaki i zasypałem przynętą, aby nabrały lepszego zapachu. Nawiązałem kilka przyponów. Nawinąłem kołowrotek.

Jako że głowę mam dobrą, ale tylko jedną, stworzyłem też listę rzeczy do spakowania na wypad, żeby o niczym nie zapomnieć. Spakowałem wszystko według listy: do pokrowca, do wiadra albo do kamizelki. Kilka rzeczy zostawiłem do dopakowania rano (kawa, robaki i inne rzeczy, które powinny leżeć w lodówce). Na osobnym stosie przygotowałem sobie ciuchy. Planowałem wstać o 3 rano, a to nie jest dobra pora na szukanie ubrania, zwłaszcza że rodzina sobie smacznie śpi.


Miejsce połowu
Sporo czasu spędziłem zastanawiając się, gdzie iść na pierwszy grunt. W grę wchodziły 3 rzeki (ale Wisłę odrzuciłem, bo nawet ze spinningiem jeszcze tam nie łowiłem) i jedno jezioro. Ostatecznie zdecydowałem, że pójdę nad Narew, na najbliższe możliwe miejsc. W linii prostej to około 300 metrów od domu. Jak się później okazało, był to dobry wybór.

Pora wstawać.
Przyszła godzina 3:00. Zadzwonił budzik, a ja zerwałem się z łóżka. Po załatwieniu spraw higienicznych wróciłem do mojej listy. Szybko i sprawnie dopakowałem te rzeczy, które wcześniej spakowane być nie mogły i poszedłem do samochodu. Stwierdziłem, że ze względu na sprzęt podjadę sobie te paręset metrów. Gdybym szedł na spinning, nawet by mi to przez głowę nie przeszło.

Wspiąłem się ze sprzętem na wał i poszedłem szukać miejscówki. Bywa tak, że wędkarze urządzają w okolicy mocne zasiadki, więc brałem pod uwagę, że będę musiał szukać innej miejscówki. Ale na szczęście było pusto. Doszedłem więc na szczyt główki, na której planowałem łowić. Było około 3:30.

Przygotowanie stanowiska
Zacząłem od rozstawienia krzesełka, czyli od elementu, którego najbardziej grunciarzom zazdrościłem. Potem, zgodnie z radami z sieci wziąłem wiadro i zanętę. W końcu od najlepiej zacząć, bo zanęta musi się nawodnić. Torba z zanętą była dość mocna, więc rozglądnąłem się za nożem. I w tym momencie do mnie dotarło: nóż jest w kamizelce, a kamizelka w domu. Dzięki liście pamiętałem, żeby wszystko spakować. Ale nie pamiętałem żeby wszystko zabrać. I mimo iż kląłem pod nosem na swoją głupotę, jednocześnie cieszyłem się, że nie wybrałem się daleko i w dodatku samochodem.

Zdecydowałem się zostawić sprzęt na główce. W końcu w okolicy nie widziałem nikogo, a nawet gdyby ktoś przyszedł, pewnie by pomyślał, że jestem w okolicy, więc niczego by nie ruszył. Szybko pobiegłem na parking, podjechałem pod dom, wpadłem do mieszkania, zgarnąłem kamizelkę i pędem wróciłem na główkę. Cała sprawa zajęła minie więcej niż 5 minut. Sprzęt na szczęście był nietknięty.

Już na spokojnie zabrałem się za mieszanie zanęty. Do mieszanki feederowej Traper dodałem trochę jasnej zanęty na leszcza. Udało mi się uzyskać kolor całkiem zbliżony do koloru piasku w Narwi. Całość rozrobiłem z małą ilością wody, zgodnie z tym, czego dowiedziałem się w Internecie. Czyli zanęta była sypka, ale dało się ją zbić w sprężyste kule. Zanętę odstawiłem do wchłonięcia i zabrałem się za przygotowywanie stanowiska.

I tu pojawił się problem, którego nie przewidziałem. Jak wbić podpórkę w kamienistą główkę? Po wielu próbach udało mi się wreszcie wcisnąć podpórkę we względnie głęboką szczelinę. Na wszelki wypadek obłożyłem ją jeszcze kamieniami. Złożyłem wędkę, zmontowałem zestaw. Rozłożyłem przynęty. Kiedy wszystko było gotowe, wróciłem do wiadra z zanętą.

Zgodnie z zaleceniami zacząłem przecierać zwilżoną zanętę przez sito. Przeszła mi wówczas przez głowę myśl, że choć łowienie jeszcze się nie zaczęło, to już jest fajnie. Samo mieszanie i przecieranie zanęty, a także całe przygotowywanie stanowiska, miały w sobie coś z rytuału. Już sam faktu, że się uczestniczyłem w tym "obrzędzie", sprawiał, że czułem wyjątkowość sytuacji. Cóż, w spinningu tego nie ma... :)

Po przetarciu zanęty dodałem jeszcze zmielonych płatków owsianych i odrobinę kaszy kukurydzianej. Niewielką ilość zanęty odsypałem do podręcznego pudełka, do którego dosypałem jeszcze trochę białych robaków.

Świt
Wybrałem 40-gramowy koszyczek, nabiłem zanętą. Na haczyk założyłem robaki w kolorze białym i czerwonym. Zarzuciłem wędkę, usiadłem na krzesełku, nogi położyłem na kamień i wreszcie poczułem, że "łowię nie łowiąc". :)

Mogłem jednocześnie łowić ryby i delektować się świtem. Było około 4:30. Robiło się jasno. W odtwarzaczu przygotowałem sobie audiobooka, ale kiedy go dopaliłem, włączyła się moja playlista z muzyką barokową. I to był strzał w dziesiątkę. Świt nad rzeką z w połączeniu z kontratenorowymi aranżacjami Purcela i Händla to niesamowite przeżycie. Szczególnie "Ombra mai fu" pasowało mi do klimatu. Gdyby ktoś chciał się wczuć, to polecam tą wersję: https://www.youtube.com/watch?v=N7XH-58eB8c.

Pierwsze trzy godziny połowu
Świt świtem, a klimat klimatem, ale przyszedłem na łowisko dla ryb. Siedziałem sobie, patrzyłem na szczytówkę, obserwowałem ptaki, ale ryb nie było. Za to przyszedł deszcz. Oczywiście siedziałem dalej. Co kilka-kilkanaście minut ściągałem zestaw i nabijałem koszyczek. Zanęta chyba była ok, bo zwykle po ściągnięciu koszyczek był pusty. Kilka razy na próbę ubijałem zanętę mocniej, a wówczas w środku trochę jej zostawało. Starałem się więc mocno, ale by koszyk wracał do mnie czysty.

Niestety ryb dalej nie było. Zresztą wędkarzy też było wyjątkowo mało, jak na sobotę. Minęły mnie tylko 2 łodzie. Na główce obok miałem sąsiada, który na czas deszczu zniknął, ale wrócił kiedy opady ustały.On też nic nie złowił.

Siedziałem, próbując przerzucać zestaw w różne miejsca. Muszę przyznać, że nie umiem rzucać długim wędziskiem z miękką szczytówką i sporym obciążeniem. Mam wrażenie, że się coś złamie. A do tego nie potrafię jeszcze kontrolować całkiem, gdzie ten zestaw poleci. Ale cóż, to dopiero moje początki. Pewnie muszę się przyzwyczaić...

Zapomniałem dodać, że poza pierwszą godziną, cały czas wiał dość mocny wiatr, który wyginał mi szczytówkę. Kilka razy myślałem, że mam branie, ale zestaw wyciągałem pusty i z nietkniętą przynętą. Być może gdybym miał okazję poobserwować wyginanie się szczytówki przy braniu i bez wiatru, byłoby mi łatwiej. Może po prostu wiatr na drgającą szczytówkę był zbyt silny?

Pierwsza rybka
W każdym razie po około 3 godzinach bezrybnego siedzenia stwierdziłem, że może zmienię łowisko i skoczę na jezioro. Zacząłem więc pakować. Spakowałem podbierak, siatkę i zanęty. Złapałem za wędkę. Wyciągam zestaw, patrzę, a tam ryba! Złapała mi się 15-centymetrowa płotka. :) Sama się zacięła, nawet nie wiem kiedy. Albo wiatr nie pozwolił mi nic zauważyć, albo rybka złapała się, kiedy byłem zajęty pakowaniem. Jakiś sukces więc już był, aczkolwiek połowiczny. W końcu idea drgającej szczytówki polega na czymś innym niż samozacięcie. Ale co ja będę marudzić, jak udało się coś złapać? W końcu z wielu wypadów spinningowych wróciłem o kiju, bez jednego puknięcia. Jest jedna rybka, więc może być więcej. Trzeba zostać i łowić dalej.

Ostatnie pięć godzin połowu
Przykro mi to mówić, ale reszta wędkowania nie była tak udana. Mimo iż zarzucałem w to samo miejsce i próbowałem różnych przynęt, nic już nie złapałem. Próbowałem też rzucać w inne miejsca, z podobnym skutkiem. W międzyczasie przybyło mi sąsiada, który też przez kilka godzin nic nie złowił.

Podsumowanie
Ryb albo nie było, albo ryby brać nie chciały. A przynajmniej w ten sposób tłumaczę sobie brak większych sukcesów. Ale nadal pozostaje pewien margines niepewności - może to nie wina ryb lecz moja? Może popełniłem jakiś elementarny błąd? Gdybym złapał więcej ryb, miałbym pewność, że jestem na dobrej drodze. A tak nadal tej pewności nie mam. Nie mam też "nauczyciela", który by mógł rozwiać moje wątpliwości i powiedzieć, że wszytko robiłem zgodnie z regułami sztuki, tylko ryby nie współpracowały. Ale co zrobić?

No i trzeba pamiętać o pozytywach. Mile spędziłem te kilka godzin. Sporo się nauczyłem. No i złowiłem pierwszą w życiu płotkę, ustanawiając tym samym moją płotkową życiówkę na 15 centymetrów. ;)

No i najważniejsze - chcę dalej łowić na grunt i poznawać tajniki tej sztuki. O spinningu nie zapomniałem, ale chcę też mieć możliwość bardziej relaksującego łowienia. Nic nie przebije spinningu pod względem możliwości szybkich i spontanicznych wypadów. Ale drgająca szczytówka też ma swój czar. :)
_________________
Rekordy:
okoń: 24 cm
szczupak: 50 cm
boleń: 63 cm
płoć: 22 cm
krąp: 21 cm
ukleja: 18 cm
wzdręga: 22 cm
kleń: 25 cm
leszcz: 1 kg

Wystawiono 6 piw(a): robert pl, Kosa, Maniek, kp44, KamAnt, babz86    » Więcej szczegółów
Postaw piwo autorowi tego posta
 
Maniek 
Zakochany w Bugu


Pomógł: 21 razy
Wiek: 45
Posty: 935
Otrzymał 299 piw(a)
Skąd: Sobiborski Park Krajobrazowy


Wysłany: Wto Maj 13, 2014 22:03   

Super napisane- wyśmienicie się czyta. Natomiast co do technicznych spraw, ja już wiele lat temu zrezygnowałem z używania koszyczka do feedera, na mojej rzece nie można się wtedy odpędzić od krapików, płoteczek i .... ciągle biorących uklei.
Postaw piwo autorowi tego posta
 
AdSense

Skąd: Mountain View
Pomógł: nie raz
bllfrg 
początkujący chytok


Wiek: 36
Posty: 36
Otrzymał 44 piw(a)
Skąd: Nowy Dwór Mazowiecki


Wysłany: Śro Maj 14, 2014 15:09   

Mam nadzieję, że ja również za jakiś czas będę miał problem z nadmiarem drobnicy. Póki co cieszę się nawet z maluchów. :)
_________________
Rekordy:
okoń: 24 cm
szczupak: 50 cm
boleń: 63 cm
płoć: 22 cm
krąp: 21 cm
ukleja: 18 cm
wzdręga: 22 cm
kleń: 25 cm
leszcz: 1 kg
Postaw piwo autorowi tego posta
 
Semi 

Ulubiona metoda: Wszechstronny
Okręg PZW: Mazowsze/Biała Podlaska
Wiek: 41
Posty: 18
Otrzymał 6 piw(a)
Skąd: Warszawa/Janów Podlaski


Wysłany: Śro Maj 14, 2014 17:08   

Maniek napisał/a:
Super napisane- wyśmienicie się czyta. Natomiast co do technicznych spraw, ja już wiele lat temu zrezygnowałem z używania koszyczka do feedera, na mojej rzece nie można się wtedy odpędzić od krapików, płoteczek i .... ciągle biorących uklei.

Ja też na Bugu używam do feederka oliwki 30-60 gram, lecz tam mam miejsce stale nęcone kukurydzą i grochem. Używając koszyczka ściąga się tylko w takie miejsce drobnicę, a że jest to blisko brzegu to dodatkowo płoszy się te grubsze ryby. Jednak jadąc z doskoku nad Narew lub Wisłę to już tylko i wyłącznie koszyczek, tym bardziej że łowi się na sporych odległościach.
Postaw piwo autorowi tego posta
 
bllfrg 
początkujący chytok


Wiek: 36
Posty: 36
Otrzymał 44 piw(a)
Skąd: Nowy Dwór Mazowiecki


Wysłany: Wto Maj 27, 2014 08:51   

Czas na zaległe relacje z moich początków z drgającą szytówką.

Przed tygodniem, pamiętając o problemach, jakie na Narwi sprawił mi wiatr, wybrałem się na Jezioro Góra z nowym kijem, pickerem. Znów zebrałem się z samiutkiego rana i około 3:40, kiedy jeszcze było ciemno, przybyłem na upatrzoną wcześniej miejscówkę. Rozpocząłem rytuał przygotowywania stanowiska. Tym razem miałem wszystko już trochę lepiej przemyślane. Przede wszystkim nie musiałem się martwić, jak wbić podpórki w kamień, bo brzeg na szczęście był piaszczysty. Do tego, mimo iż łowiłem jedną wędką, przygotowałem sobie trzy podpórki: dwie (klasyczne widełki) do podparcia poziomo wędki przy łowieniu i jedną pionową, do odstawiania wędki na czas manipulacji przy zestawie. Bardzo mi to ułatwiło łowienie. Musiałem wstawać z krzesełka praktycznie tylko przy zarzucaniu wędki (jeszcze nie opanowałem tej sztuki na siedząco). Przynęty i zanętę też przygotowałem sobie pod ręką. Jak już wszystko poukładałem, to stwierdziłem, że jest mi bardzo wygodnie. :)

Na zanętę wykorzystałem resztkę sprzed tygodnia. Na moim pierwszym feederowaniu okazało się, że kilogramowa paczka to za dużo (nie donęcałem), a szkoda mi było marnować. Zanęta, mimo iż nawodniona, trochę przeschłą w piwnicy i była jak nowa. Mieszałem ją tylko co kilka dni, aby schła równomiernie. Przed łowieniem tylko ją ponownie nawodniłem, dodałem robaczków i płatków owsianych. Tak przygotowany rozpocząłem połów bladym świtem.

Już przy pierwszym rzucie stwierdziłem, że jestem bardzo zadowolony z mojego pickera. Znacznie krótszy i sporo lżejszy od feedera, okazał się poręczniejszy i łatwiejszy do manewrowania. Co tu duło mówić, lepiej mi leżał w ręce niż mój spinning.

Zarzuciłem przynętę, ułożyłem wędzisko na podstawkach i już po minucie szczytówka zadrgała. Pierwszy raz miałem okazję zaobserwować, jak to powinno wyglądać. Poczekałem, aż szczytówka trochę sobie podrga, a potem zaciąłem. Nie wiem, czy zacięcie było za późne lub za wolne, a może za słabe, bo jednak żyłka się rozciąga, a ja jestem przyzwyczajony do plecionki. W każdym razie ryby na haku nie było. Ale i tak byłem szczęśliwy - coś się zainteresowało moją przynętą! No i pierwszy raz widziałem szczytówkę w akcji. Miałem wreszcie jakiś dowód, że ta metoda działa i że jakieś tam sukcesy mogę w niej odnieść. Bo to, że zacinać nie umiem, to pikuś. Jak ryby będą brały, to i zacinać się nauczę.

No i brały. Brały jeszcze kilkukrotnie. Za każdym razem moje zacięcia były puste. Próbowałem różnie. Zacinałem po dłuższej chwili, zacinałem od razu. Zacinałem dynamicznie i łagodnie. I nic. W końcu postanowiłem zmienić haczyk na większy. Łowiłem na 16, zmieniłem na 14. I to sprawiło, że się polepszyło. Po kilku godzinach wędrujący wędkarz, który mnie zagadnął, potwierdził moją teorię, że puste zacięcia to może być wynik zbyt małego haczyka. Ale wróćmy do ryb.

Po jakimś czasie z większym haczykiem coś się zacięło. Być może było to nawet pierwsze branie z większym hakiem, ale nie dam głowy. Wyciągnąłem z wody małego krąpika. Mojego pierwszego! :) Potem jeszcze przyszła maleńka płotka. A potem jeszcze jeden krąpik, już większy. Aż sięgnąłem po podbierak. Miał całe 20 cm. ;)

Oczywiście w międzyczasie były i puste brania. Ale ważne, że i pełne. Jedno puste branie było bardzo ciekawe. Szczytówka wygięła się raz, równo i bardzo mocno, a potem odskoczyła. I więcej nie drgnęła. Jakby jakaś większa ryba urwała robaka z haczyka.

A potem zaczął padać deszcz. Na początku niewielki, później rzęsisty. Przez jakiś czas łowiłem, nic sobie nie robiąc z opadu, ale po godzince z zanęty zaczęło mi się robić błoto, mimo iż starałem się ją w miarę możliwości osłaniać przed deszczem. Skończyłem łowienie około 9:00. I choć mokry, wróciłem do domu szczęśliwy, że coś udało mi się połowić. I choć były to same maluchy, to jednak złapane nową metodą i nową wędką. I pierwszy raz faktycznie świadomie za pomocą drgającej szczytówki.
_________________
Rekordy:
okoń: 24 cm
szczupak: 50 cm
boleń: 63 cm
płoć: 22 cm
krąp: 21 cm
ukleja: 18 cm
wzdręga: 22 cm
kleń: 25 cm
leszcz: 1 kg

Wystawiono 2 piw(a): kp44, babz86    » Więcej szczegółów
Postaw piwo autorowi tego posta
 
bllfrg 
początkujący chytok


Wiek: 36
Posty: 36
Otrzymał 44 piw(a)
Skąd: Nowy Dwór Mazowiecki


Wysłany: Wto Maj 27, 2014 11:43   

Teraz czas na opis ostatniego wypadu wędkarskiego - z minionej soboty. Ale jeszcze tylko jedna dygresja. Opisując poprzedni wypad, zapomniałem o jednej, dla mnie niezwykle ważnej kwestii. Dla mnie wędkowanie nie zaczyna się nad wodą, ale już na kilka dni wcześniej, w domu. Przygotowania do wyprawy, takie jak nawijanie kołowrotka, wiązanie przyponów, pakowanie plecaka, stanowią dla mnie bardzo, ale to bardzo istotny element łowienia. Tak jak pisałem dwa posty wcześniej, mieszanie zanęty ma w sobie coś z obrzędu. A te wszystkie domowe przygotowania sprawiają, że obrzęd ten rozciąga się w czasie i sprawia, że już kilka dni przed wyprawą żyję rybami. :)

Do sobotniego wypadu również się przygotowywałem. Uzupełniłem braki w przyponach, nawiązałem trochę nowych, z większymi haczykami. Kupiłem nową zanętę i robaczki. Zacząłem analizować, gdzie się w ogóle na ryby wybrać. Na Wiśle i Narwi był bardzo wysoki stan wody. Nawet nie bardzo byłoby gdzie się rozłożyć obozem. Nie wiedziałem, jak wygląda na Górze, ale mogłem się domyślać, że woda stoi wysoko i że jest dużo błota. Rzut oka na mapkę ze stanami wody pomógł mi podjąć decyzję. Na Wkrze poziom wody normalny. Wkra stała się celem.

Miałem wstać o 3:00 i szybko zebrać się nad wodę. Nie udało mi się. Przeszkodził mi 2,5-letni syn. Postanowił wstać. Około godzinę zajęło mi i żonie usypianie go. Gdyby zobaczył, że wychodzę, pewnie uznałby, że nadszedł dzień i żona miałaby piekło. ;) Ostatecznie wyjście opóźniło się o godzinę. Było już jasno, kiedy dotarłem na upatrzone miejsce za zakolem Wkry, pod skarpą. Okazało się, że stan wody jest wyższy niż zazwyczaj i miejsce na brzegu się skurczyło. Oczekiwałem, że będzie około 0,5 metra płaskiego terenu, na którym rozstawię krzesełko. Niestety wypłaszczenie było pod wodą. Musiałem rozsiąść się wyżej. Konieczne okazało się wykopanie niewielkiego dołka na jedną z nóg i usypanie kilku kamieni pod inną. Ale ostatecznie się udało siedzieć płasko. Wędki też udało się wygodnie umiejscowić. Jak na takie skromne warunki, urządziłem się całkiem wygodnie.

Już w trakcie rozkładania majdanu widziałem sporą aktywność ryb. Tu coś chlupnęło, tam zaoczkowało. W pewnym momencie usłyszałem dźwięk, jaki wydaje wrzucony w wodę naprawę duży kamień. Nie mam dużego doświadczenia, ale kilka razy słyszałem bijącego szczupaka i to nie było to. Zgaduję, że to mógł być sum. Ale pewności nijak mieć nie mogę.

Tym razem podjąłem próbę łowienia na dwie wędki. Pickerem planowałem łowić lżej, z mniejszym haczykiem i bliżej brzegu, feederem trochę ciężej, w głównym nurcie, z trochę większą przynętą. Ostatecznie okazało się, że obiema wędkami łowiłem w podobnych miejscach i z podobnym efektem, ale o tym za chwilę.

Łowienie na dwie wędki okazało się pewnym wyzwaniem. Po pierwsze, każdą wędkę trzeba z osobna przerzucać. Po drugie, kiedy manipuluje się przy jednej, ciężko śledzić szczytówkę drugiej. A nawet jeśli się zauważy, że coś się dzieje, to trudno zareagować, jeśli jest się właśnie w połowie nabijania koszyczka. Do tego trzeba wędki ustawić tak, by jedna drugiej nie przeszkadzała, a zestawy się nie plątały. Trochę potrwało, zanim to wszystko ogarnąłem. Był taki moment, kiedy próbowałem łowienia z dzwonkami, które w założeniu informowałyby mnie, że coś się dzieje, kiedy manipuluję drugą wędką, ale szybko dałem sobie spokój. Dzwonki oczywiście szybko przekręcały mi się na szczytówkach i groziły splątaniem. Ten temat muszę jeszcze rozpracować.

A teraz czas na ryby. Po 10 minutach od zarzucenia pierwszego zestawu coś wychyliło szczytówkę. Dało się też zaciąć i wyciągnąć z wody. Przeżyłem chwilę konsternacji, nie wiedząc co to (jako początkujący, do tego dotychczas skupiony na spinningu, czuję się usprawiedliwiony). Dopiero po dłuższej chwili zidentyfikowałem rybkę jako dużą ukleję. Wiem, że rasowy wędkarz na ukleje nie patrzy i w swych statystykach ich nie liczy, ale mnie ta rybka uszczęśliwiła. Miałem branie i miałem rybę! :)

Potem złowiłem jeszcze kilka koleżanek mojej uklejki. Chyba na obie wędki po równo. Pustych brań prawie nie było. W którymś momencie zaczął się silny porywisty wiatr i szczytówki słabo sygnalizowały, ale brania chyba też ustały. Skończył się wiatr, a brania wróciły. Do końca łowienia miałem w sadzyku 7 uklejek. Szału nie było, ale mnie póki co i taki połów wystarcza. Choć nie będę się wypierał, że teraz przymierzam się coraz bardziej do leszczy. Czytam o nich, marze o nich i mam nadzieję, że będę je łowił. Póki co nie muszą to być okazy. Takie po pół kilo mi wystarczą. Póki co... ;)
_________________
Rekordy:
okoń: 24 cm
szczupak: 50 cm
boleń: 63 cm
płoć: 22 cm
krąp: 21 cm
ukleja: 18 cm
wzdręga: 22 cm
kleń: 25 cm
leszcz: 1 kg

Wystawiono 1 piw(a): babz86    » Więcej szczegółów
Postaw piwo autorowi tego posta
 
m.y.s.z.k.a. 


Pomogła: 7 razy
Wiek: 34
Posty: 54
Otrzymał 2 piw(a)
Skąd: Koszalin


Wysłany: Wto Maj 27, 2014 19:00   

Co, jak co, ale Twoje opowieści bllfrg czyta się super :)
Nie zmieniaj stylu.

Życzę większych sztuk na haczyku i sukcesów w rozpracowaniu nowej metody :>
_________________

Postaw piwo autorowi tego posta
 
 
AdSense

Skąd: Mountain View
Pomógł: nie raz
Wyświetl posty z ostatnich:   

» Wędkarstwo, strona główna » Działy ogólne » Dzienniki Wędkarskie » Błoto, komary, wędka i ja

Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach



Skocz do:  


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Styl Forum - GrzegorzM ©

Administracja nie odpowiada za materiały publikowane przez użytkowników. Użytkownik rejestrujac się na forum w pełni odpowiada za publikowane przez siebie wiadomosci. Wszelkie roszczenia w sprawie opublikowanych tresci prosimy zgłaszać do ich autorów.

Ku pamięci Ś.P. Jarogiego

strzalkaMapa Forum